Tadeusz Korowaj – Historia jednej fotografii          z powiatowego archiwum cyfrowego, cz. I

Tadeusz Korowaj – Historia jednej fotografii z powiatowego archiwum cyfrowego, cz. I

Każda fotografia posiada swoją historię kiedy i przez kogo została wykonana, co przedstawia, w wielu przypadkach jaki jest szerszy kontekst danej fotografii, czy dalsze losy osób przedstawionych na poszczególnych zdjęciach. Podobnie jest z fotografiami zamieszczonymi w powiatowym archiwum cyfrowym. W niniejszym artykule zamierzam opisać historię dwóch osób widocznych na zdjęciu wykonanym w 1917 roku w salonie pałacu w Prośnie. Fotografia przedstawia rodzinę hrabiego Friedricha (zwanego przez rodzinę Fritzem) zu Eulenburga, przedostatniego właściciela majątku Prosna. Widoczny na zdjęciu po lewej stronie, hrabia Fritz (1874-1937) siedzi w towarzystwie żony i sześciorga dzieci. Obok ojca siedzi Agnes (1906-1992), dalej Werner (1908-1989), stoi Mortimer, zwany Morti (1905-1994), następnie hrabina Antonie z domu Stolberg-Wernigerode (1880-1969) trzymająca na rękach Richarda (1916-1919) oraz Euphemie, nazywana zdrobniale Phemie (1909-1940) i Armgard (1912-1998). Warto dodać, że po śmierci Richarda na świat przyszło jeszcze dwoje dzieci, Elisabeth, zwana Else (1919-1943) oraz Udo (1921-2018). W sumie małżeństwo Friedricha i Antoniny Eulrnburg miało ośmioro dzieci, o których krótkie notki przedstawiłem pod zdjęciem zamieszczonej na stronie powiatowego archiwum cyfrowego https://archiwumpowiatowe.pl/picture.php?/7648/category/66

Bohaterami artykułu będą: hrabia Friedrich Eulenburg oraz jego córka Agnes. Historię tych dwóch osób opieram na materiałach przekazanych mi przez członków rodziny, przede wszystkim przez wnuka Friedricha, także Friedricha. Krótki biogram Friedricha zamieściłem na stronie https://archiwumpowiatowe.pl/picture.php?/7647/category/66 pod zdjęciem hrabiego siedzącego na zachowanym do dzisiaj murku przed głównym wejściem do pałacu (zdjęcie wykonane zostało kilka miesięcy przed tragiczną śmiercią hrabiego). Postać Friedricha przedstawię na podstawie wspomnień jego najmłodszego syna, Udo, który od 1972 roku corocznie – z przerwą na okres stanu wojennego – przyjeżdżał do Prosny i Sątoczna, a przez ostatnie kilkanaście lat zatrzymywał się w Galinach. W 2007 roku miałem zaszczyt uczestniczyć w spotkaniu z nim w Galinach. Podczas tego spotkania hrabia Udo opowiedział o swoim ojcu. Natomiast o historii Agnes napisałem na podstawie wspomnień jej matki, najmłodszego brata Udo i najstarszego syna Erwina ze wsparciem młodszych braci, Cristobala i Carlosa. Ale o tym poniżej.

Zanim przejdę do przedstawienia historii tych osób, kilka słów wprowadzenia. Rodzina zu Eulenburg była do 1945 roku najstarszym szlacheckim rodem osiadłym na terenach powiatu. Już u schyłku państwa zakonnego zamieszkiwali na terenach dzisiejszych miejscowości, m.in. w Skandawie (ale tylko część wsi od 1468 roku do 1547 roku, kiedy to Botho XI Eulenburg zamienił dobra z Margarete von Cassau na miejscowość Prosna) i Sątocznie (lata 1490-1945), a od XVI w. w Tołkinach (lata 1530-1665) i Prośnie (1547-1945) wraz z przyległymi folwarkami (np. Suliki, Sątoczek, Wetyn, Łękajny, Błuskajmy Małe i Wielkie, Kamień, Marłuty, czy Wągniki). Za zasługi i poprzez nadania oraz małżeństwa członkowie rodu zu Eulenburg stają się znaczącymi przedstawicielami szlachty pruskiej. Ciekawostką jest fakt, że w żyłach tej rodziny płynie także polska krew. Dowodem jest granitowa płyta nagrobna znajdująca się pod chórem w kościele w Sątocznie. Inskrypcja na płycie głosi, że Fryderyka Joanna Małgorzata Elżbieta von Groeben (1733-1760) z domu Trzcińska herbu Pobóg była żoną Friedricha Gottfrieda (1726-1799), królewskiego starosty, pana na Karszewie i Skandawie. Pierwsze dziecko tego małżeństwa, córka Katarzyna Małgorzata Jadwiga (1753-1817) wyszła w 1776 roku za mąż za Ernsta Krzysztofa Eulenburga (1755-1796), pana na Prośnie, Galinach i Wicken [obecnie nieistniejąca miejscowość w obwodzie kaliningradzkim, która leżała przy granicy z Polską – przyp. TK], który w 1785 roku ufundował tą płytę.

Wielu z członków rodu Eulenburg pełniło odpowiedzialne funkcje w administracji rządowej i wojskowej Prus. Wielu z nich było przewodniczącymi sejmu krajowego, starostami (np. powiatu węgorzewskiego, ryńskiego, czy kętrzyńskiego), a Gottfried w połowie XVIII wieku był ministrem wojny. Byli także założycielami wielu fundacji, instytucji charytatywnych czy zakładów przemysłowych, np.  Richard zu Eulenbrg (1838-1909) był jednym z założycieli w 1882 roku zakładu dla epileptyków w Karolewie, a także przez 18 lat przewodniczącym sejmu krajowego – pruskiego. Jego syn Friedrich, bohater tej części artykułu, położył wielkie zasługi w rozwój nowoczesnego rolnictwa i mechanizacji. Pomagała mu w tym jego żona Antonina, córka hrabiego Udo zu Stelberg – Wernigerode, pana na Drogoszach, prezydenta sejmu pruskiego.

Po ucieczce w 1945 roku większość członków rodziny zamieszkała w różnych miejscowościach na terenie Niemiec i ich potomkowie żyją tam do dzisiaj. Część członków rodziny mieszka w Anglii, USA i Brazylii. Z tych dwóch ostatnich krajów autor niniejszego artykułu miał przyjemność 28 maja br. oprowadzać gości, którzy po raz pierwszy oglądali kościół w Sątocznie i rodowe gniazdo w Prośnie. Byli to: najmłodszy syn Agnes zu Eulenburg, Carlos Hirsch, który przyleciał z Brazylii oraz jego dwaj synowie Rodolfo i Carlos junior, którzy przylecieli z USA (trzeci syn Oskar przyleciał z Brazylii dzień później). Wszyscy goście zostali zaproszeni przez Józefa Wiśniewskiego, prezesa firmy „Wipasz”, która od dwudziestu lat jest właścicielem gospodarstwa rolnego w Warnikajmach.

Wracam do historii wyżej wspomnianych osób. Oto treść wystąpienia z 2007 roku hrabiego Udo zu Eulenburga na temat swojego ojca.

Friedrich Graf Eulenburg-Prassen (1874-1937) – człowiek, który zastał hrabstwo Prosna drewniane,
a zostawił murowane.

„Mija właśnie 70 lat od wypadku, w którym zginął mój ojciec. Z tej okazji chciałbym opowiedzieć trochę o jego życiu. W moim krótkim wystąpieniu nie będę zanudzać podawaniem suchych dat. Daty niewiele wnoszą do opowieści o życiu człowieka i bardzo szybko popadają w niepamięć. Znacznie więcej informacji dostarczają drobne epizody, które także lepiej pozostają w naszej pamięci. A więc:

Hrabia Friedrich Eulenburg-Prassen urodził się 13 kwietnia 1874 roku, a zmarł 20 marca 1937 roku. Była to wyjątkowa postać. Naukę rozpoczął w domu, gdzie pobierał prywatne lekcje, a potem zaczął uczęszczać do humanistycznego gimnazjum w Bartoszycach. Podobną ścieżką edukacyjną szedł także jego o rok młodszy stryjeczny brat Albrecht z Galin. Ze względu na dobre oceny został przyjęty do wyższej klasy i w rezultacie obaj bracia wspólnie przygotowywali się do matury.

Okres szkoły i pasja budowania. Mój ojciec mieszkał w Bartoszycach na pensji u budowniczego powiatu Wurma. To rozbudziło w nim ogromną pasję do budownictwa. W wolnym czasie zaczął wykonywać pierwsze rysunki dla firmy. Tę wielką miłość do budownictwa kultywował później przez całe życie, także w Prośnie. Z pochodzących z własnej cegielni cegieł i dachówek wybudował wiele nowych domów czterorodzinnych i budynków gospodarczych wspólnie ze swoim majstrem budowlanym Weichhausem [cegielnia znajdowała się z dzisiejszej miejscowości Kamień, niedaleko Prosny, a na szczytach kilku domów, w tym przede wszystkim w Sątocznie, zachowały się marmurowe tablice z inicjałami FE oraz datą 1912 i ujęte w hrabiowską koronę; podobnie do niedawna takie tablice wmurowane były w budynki gospodarcze na terenie folwarku w Łękajnach – przyp. TK]. Stryj Botho Wend z Galin zapytał się kiedyś podczas z jednej z licznych wizyt: »No Frycku, ile domów udało ci się zbudować?«. Ostatecznie było ich ponad 40, w tym zachodnia część pałacu, zwana »nowym budynkiem« oraz dworek o charakterze willi [obecnie nieistniejący – przyp. TK] w Wągnikach.

Albrecht lubił płatać figle. Kiedyś poszedł na targ koni i udawał, że chce kupić konia. W tamtych czasach uścisk dłoni oznaczał zawarcie umowy kupna-sprzedaży. Zgodnie z obowiązującym zwyczajem, sprzedający musiał następnie postawić sznapsa i dopiero wtedy kupujący przekazywał pieniądze. Ten zwyczaj był powszechnie praktykowany. Ale tym razem, Albrecht po wypiciu sznapsa nagle rozpłynął się w tłumie i zniknął. Jednak przy powtórnej próbie został złapany i sprawa trafiła do dyrektora szkoły. Ten od razu – mimo doskonałych ocen – anulował dopuszczenie do matury, uzasadniając decyzję »brakiem dojrzałości«. I w ten sposób za dwa sznapsy Albrecht musiał zapłacić słoną cenę: dodatkowy rok edukacji w szkole. Obaj bracia przez całe życie byli ze sobą bardzo związani. W okresie bartoszyckim weekendy spędzali w Galinach, kiedy rodzice wiele podróżowali.

Założenie rodziny. Po maturze w roku 1892, ojciec jako student pojechał na krótkie studia prawnicze do korporacji Bonnier Preussen. Studia nie miały jednak na celu przygotowania do zawodu, lecz zdobycie odpowiedniej reputacji, niezbędnej dla uzyskania w przyszłości stosownej pozycji społecznej. W połowie lat 90. XIX wieku był on podchorążym w gwardii kirasjerów w Berlinie/Tempelhof. W roku 1902 zajął stanowisko adiutanta pułku. W 1903 roku rozstał się z karierą wojskową, aby przejąć prowadzenie całego majątku w Prośnie w imieniu schorowanego dziadka Ryszarda [tj. ojca Friedricha – przyp. TK]. W okresie cesarstwa nie było w zwyczaju posiadania specjalistycznego wykształcenia rolniczego przez właścicieli ziemskich. Teraz mój ojciec mógł nie tylko nauczyć się prowadzenia gospodarstwa rolnego, ale jako zdolny praktyk potrafił zauważyć wszystko, co wymagało poprawy i udoskonalenia.

Ślub moich rodziców odbył się w styczniu 1904 roku. Potem wprowadzili się do przyjemnego dworu [obecnie nieistniejący – przyp. TK] w Sulikach. W roku 1905 urodził się mój najstarszy brat Mortimer [dopiero do śmierci seniora rodu, Richarda zu Eulemburg w 1909 roku, młodzi małżonkowie przeprowadzili się do pałacu w Prośnie – przyp. TK].

Krótki obrazek z tamtych czasów. Przyjaciel ojca Otto von Below Lugowen pisał do niego, że narodzonemu właśnie synowi nadał tytuł »księcia von Lugowen«. Ojciec zawiadamiając go natomiast o narodzinach Mortiego określił swojego syna jako »księcia von Klein Bloskeim«. Tak nazywał się najmniejszy folwark [obecnie Błuskajmy Małe – przyp. TK] wchodzący w skład majątku w Prośnie. Nie mieszkały w nim rodziny z dziećmi, gdyż droga do szkoły w Sątocznie w zimie była za długa. Tego typu zawiadomienia o narodzinach dzieci były wówczas powszechnie praktykowanymi żartami. Później nikt już by nie wiedział w tym nic śmiesznego.

Po licznych ćwiczeniach dla rezerwistów w 1914 roku, ojciec w randze rotmistrza i dowódcy drugiej eskadry, poszedł na wojnę. Podczas wyprawy zwiadowczej jego koń zaplątał sobie tylną nogę w siatkę drucianą. W tym momencie, od razu znalazł się żołnierz, który miał przy sobie odpowiednie narzędzia i usunął drut z nogi konia. Koń mógł się znowu swobodnie poruszać. Po wojnie, kiedy poszukiwano nowego dzierżawcy, do należącej do majątku Prosna, karczmy w Sątocznie, na ogłoszenie zgłosiło się wielu zainteresowanych, a wśród nich był także pan Mäkelburg z Bartoszyc. Podczas rozmowy okazało się, że służył on w pułku Garde du Cors i był właśnie tym żołnierzem, który uwolnił konia ojca z drucianej pułapki. Od razu przyznano mu dzierżawę. W czasie wojny, oba pułki gwardyjskie zostały połączone w »Złotą brygadę«. Na jej cześć, Hermann Mäkelburg nazwał karczmę »Pod złotą brygadą« (»Zur goldenen Brigade«). Można w niej było dostać wszystkie rzeczy, jakie tylko są potrzebne na wsi.

Ojciec lubił polowania. Polował na jelenie w Karpatach i na dziką zwierzynę u przyjaciół. Nigdy nie polował na terenie swojego własnego majątku. Tutaj najważniejsze było dla niego, aby zrobić przyjemność gościom dając im poczucie sukcesu w polowaniu. W latach 20., z wizytą do Prosny przyjechał znów Paul Hindenburg. Zorganizowano polowanie na rogacza. Z tego powodu, na koźle obok woźnicy siedział leśniczy Woop, a z tyłu mój ojciec z ważnym gościem. Na skraju pola, w życie, w odległości około 80 metrów stał potężny kozioł. Wóz zatrzymał się Hindenburg założył fuzję na ramię i padł strzał. Kozioł zniknął w zbożu. Ojciec powiedział od razu: ,»Trafiony«. A na to z przodu swoim niedźwiedziem głosem powiedział  Woop: »Nietrafiony«. Ojciec uciął dyskusję: »Bzdura Woop! Proszę kazać leśniczemu Hoffmanowi jutro raniutko odszukać kozła i przynieść go do pałacu. Teraz zrobiło się już późno, wracamy do domu«. Naturalnie ojciec też wiedział, że kula nie trafiła zwierza. Ale Hoffman z samego rana  ustrzelił  innego kozła i dostarczył go na podjazd pałacu. Dla ojca było bardzo ważne, aby feldmarszałek mógł się cieszyć, że ustrzelił »swojego« kozła.

A propos Hoffmanna, był to młody i odważny leśniczy. W związku z ogromną biedą w czasie wielkiego kryzysu ekonomicznego lat dwudziestych rozpowszechniło się wśród chłopów kłusownictwo. Hoffmann wymyślił wtedy sposób skutecznego zwalczenia tej plagi. Poszedł po cywilnemu do małej knajpy w Sępopolu, gdzie można było spotkać wielu ludzi. Dał się im rozpoznać i zaoferował pewien układ: raz w tygodniu sam odstrzeli jedną sztukę dziczyzny i położy ją w uzgodnionym miejscu. W zamian za to jego rewir miał być pozostawiony w spokoju przez kłusowników. Propozycja ta spotkała się z dobrym przyjęciem. Po pierwszych udanych akcjach złodzieje poczuli się bezpiecznie. Na następne spotkanie przyszło pięciu mężczyzn. Ale tym razem czekała na nich pułapka: zamiast  sztuki dziczyzny zastali czterech leśniczych i żandarma. Cała piątka kłusowników została zatrzymana, a Hoffmann był bardzo dumny ze swojego sukcesu. Słysząc o tej akcji mój ojciec wpadł jednak w przerażenie. Właśnie ostatnio jakiś kłusownik w Bednarkach w pow. ostródzkim zastrzelił z zasadzki tamtejszego leśniczego. Akcja mogła dla Hoffmanna oznaczać poważne niebezpieczeństwo. Został on natychmiast przeniesiony do miejscowości Schlanz [obecnie Krzyżowice – przyp. TK] na Dolnym Śląsku, gdzie jednak zaraz wytropił mężczyznę, który ścinał kłosy w stogach pszenicy. Kto był tym złodziejem? Koerwitz – urzędnik kolei państwowych i naczelnik stacji na dworcu  Schlanz. Ojciec akurat przebywał w tym rejonie i przyłapany na gorącym uczynku mężczyzna zaczął go błagać, aby nie składał doniesienia, bo zrujnuje to egzystencję całej jego rodziny. Po rozważaniu winy i potencjalnej kary, ojciec zdecydował się zapomnieć o sprawie.

Pod koniec lat dwudziestych, podczas jazdy konnej, ojca miał poważny wypadek, gdy jego wielka brązowa Pustułeczka przekoziołkowała po nadepnięciu, w pełnym galopie na norę  królika. Patrząc na ten wypadek z perspektywy czasu jaki minął, uświadamiam sobie jak ogromny postęp dokonał się w medycynie od tamtych czasów. W wyniku wypadku, lewy bark ojca był całkowicie strzaskany. Ordynator szpitala w Kętrzynie, dr Ludwig Diehl zagipsował ojcu cały lewy bark. Kiedy po kilku tygodniach zdjęto gips, bark był całkowicie sztywny. Od tego czasu, ojciec  nie mógł podnieść lewej ręki nawet do pozycji poziomej czyli musiał na przykład strzelać tylko jedną ręką.

Ojciec był niezmiernie lubiany wśród wszystkich mieszkańców majątku Prosna. Czemu to zawdzięczał? Często mogłem mu towarzyszyć w jego wyjazdach wozem do gospody w Sątocznie. Do wszystkich ludzi odnosił się w typowy dla siebie sposób, do każdego  podchodził i każdego zagadywał, pytając  o zdanie w różnych sprawach. Nie miało znaczenia, czy rozmówcą był inspektor, czy pracownik wykonujący meliorację, czy leśnik, mistrz cegielni, czy woźnica. Omawiając projekty ojciec często się pytał: »A co Pan o tym sądzi?« Takie  nastawienie tworzyło atmosferę szacunku. Jeżeli ktoś miał problem przychodził w niedzielę po nabożeństwie do pałacu w ramach oficjalnej godziny przyjęć. Przykład: w Sulikach przed każdym  z domów, w których mieszkali pracownicy folwarku, były wąskie ogródki. Pewnego dnia w jednym z ich pojawił się zdechły kot. Po pewnym czasie kot przeleciał przez płot na posesję sąsiada. Wieczorem sąsiad odrzucił kota z powrotem. Sytuacja  ta trwała przez jakiś czas. Kot przelatywał z jednego ogródka na drugi, oczywiście wywołując za każdym razem  odpowiednie oburzenie drugiego z sąsiadów. Wreszcie jeden z zainteresowanych zdecydował się pójść do pałacu na niedzielą audiencję, aby sprawa odgórnie została załatwiona. Ojciec wysłuchał dokładnie problemu i obiecał sprawę uregulować. Powiedział, że przyjdzie następnego dnia. W poniedziałek rano polecił za pośrednictwem właściwego urzędnika  rolnego, aby ,»miotacze kota« stawili  się w miejscu zdarzenia za godzinę, aby pogrzebać »korpus delecti«, czyli kota. Wydane przez ojca polecenie zabrania ze sobą łopat uświadomiło zainteresowanym, co ich czeka. Taka też było intencja ojca. Po kilku  upomnieniach i przyjacielskim poklepaniu po ramieniu, kot i topór wojenny zostały ostatecznie zagrzebane. Rzeczywiście, ojciec genialnie potrafił zarządzać ludźmi.

Troski. Fakt, że ojciec nie był zwolennikiem narodowego socjalizmu, spowodował, że gauleiter Koch rozpoczął przeciwko niemu złowrogą kampanię. Wpływ ojca na sprawy gospodarcze i uznanie, jakim się w tym zakresie cieszył, były solą w oku brunatnych koszul. Wielotygodniowy areszt śledczy, składanie nieprawdziwych zeznań przez podstawionych świadków i zniesławienia w prasie miały naznaczyć ojca piętnem »persona non grata« bardzo głęboko.

W sprawozdaniu z rodzinnej  podróży do Galin w 2001 roku napisałem wszystko, co było mi znane na temat smutnej historii dotyczącej mojej siostry Agnes i jej męża Konrada Hirscha.

Opór ojca przeciwko władzy narodowo-socjalistycznej znany jest także w Polsce. Nasze coroczne wizyty w Galinach często kończą się wspólnym wieczorem przy ognisku na trawniku za pałacem koło szumiącej wody. Na spotkania te przychodzą też niektórzy nasi polscy przyjaciele. Prowadzimy dyskusje i szukamy odpowiedzi na wiele pytań, naturalnie za pośrednictwem tłumacza. Rozmawiając o śmiertelnym wypadku ojca, ktoś zapytał się, czy przypadkiem nie przyłożyli do niego ręki  naziści? Pomysł nie jest niedorzeczny, ale jednak w tym przypadku nie odpowiada prawdzie. Wówczas drogi nie miały płaskiej nawierzchni, lecz były wyprofilowane opadając w kierunku pobocza. Na śliskiej powierzchni druga przyczepa samochodu ciężarowego wjechała na lewy pas dociskając wyprzedzający ją samochód do drzewa. Kierowca samochodu doznał tylko lekkich obrażeń. Ponieważ jednak nie było wtedy jeszcze pasów bezpieczeństwa, nieprzytomny, podczas snu, ojciec wyleciał przez prawą poprzeczkę w dachu i zginął na miejscu. Uroczystości żałobne i sam pogrzeb w kościele w Sątocznie przypominały pogrzeb dygnitarzy państwowych. Szczególnie dla matki, ale także dla nas dzieci, rodziny oraz dla wszystkich, którzy znali ojca, to tragiczne wydarzenie było trudną do ogarnięcia stratą.

Ojciec  sprawował wiele funkcji w izbach i zarządach podmiotów gospodarczych. Wyliczenie ich wszystkich byłoby zbyt nudne. Dlatego podam tylko jeden przykład. Po pierwszej wojnie światowej nareszcie także i Prusy Wschodnie miały otrzymać centralną elektrownię. Ojciec bardzo propagował ten projekt. W celu uzyskania energii wodnej w okolicach Friedland [ob. Prawdinsk – przyp. TK] spiętrzona została Łyna. W niektórych miastach pracowały już małe lokalne elektrownie węglowe, które musiały wyrazić zgodę na przyłączenie do ,»centralnej elektrowni Prus Wschodnich«. Jednak  małe elektrownie za wszelką cenę tego właśnie chciały uniknąć. Zasiadając w zarządzie centralnej elektrowni ojciec podjął się trudnego zadania przekonania opornych elektrowni do przystąpienia do fuzji. Z zadania wywiązał się znakomicie. Dzięki wyjątkowej uprzejmości udało mu się szybko zdobyć zaufanie przyszłych partnerów.

I jeszcze jeden typowy przykład. Spotkałem się kiedyś przez przypadek z panią Waldshut, która dawniej pracowała jako pomoc kuchenna w Bednarkach. Opowiadała, że pan hrabia z Prosny był jedynym gościem, który po przyjęciu zaglądał do kuchni, aby pochwalić personel i podziękować za dobre posiłki. Gdyby każdy wiedział, jak niewiele potrzeba, żeby zdobyć serca innych.”

Friedrich zu Eulenburg

Opr. Tadeusz Korowaj

PS. Dziękuję Friedrichowi zu Eulenburg za udostępnienie materiałów i fotografii.